Przejdź do głównej treści
Otwórz wyszukiwarkę
Szukaj
Zamknij wyszukiwarkę Wyczyść Szukaj
Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły

Jak logopedka z dwójką z przedsiębiorczości założyła markę modową

Miałam 25 lat i zero pojęcia o tym, co robię. Sukienka mojej mamy, próbnik wełny na męskie garnitury, dwie sesje zdjęciowe do kosza i 100 sztuk uszytych od razu. Oto jak naprawdę zaczęła się ta marka.

Jak logopedka z dwójką z przedsiębiorczości założyła markę modową

Prowadzę tę markę od 13 lat i dawno nie opowiadałam o tym, jak to się zaczęło. Przybywa tu dużo nowych osób, więc pomyślałam, że to dobry moment, żeby wrócić do początku. Do logopedki z dwójką z przedsiębiorczości i do sukienek bez rękawów sprzedawanych w grudniu.

Byłam logopedką, nie projektantką

W 2014 roku pracowałam na pełen etat w szkole podstawowej jako logopedka i pedagożka specjalna. Po szkole jeździłam komunikacją miejską na prywatne zajęcia logopedyczne do dzieci, które mieszkały od Podkowy Leśnej do Powiśla. Wieczorami pisałam bloga, którego czytało 100 000 osób miesięcznie, jeden z najpoczytniejszych blogów lifestylowych w Polsce. Miałam 25 lat i naprawdę nie rozumiałam, dlaczego są ludzie, którzy nie pracują w niedziele.

W Warszawie budowała się wtedy mała społeczność blogerów, którzy spotykali się na żywo i wzajemnie się wspierali. Roman Zaczkiewicz, który prowadził bloga o męskiej elegancji i jest dziś właścicielem marki modowej Zack Roman, na jednym z takich spotkań opowiedział mi, czym różni się wełna od poliestru. Zakochałam się w wełnie! I wtedy wymyśliłam sobie wełnianą sukienkę, której nigdzie nie mogłam kupić.

Rozejrzałam się po rynku. Polskich marek modowych było wtedy może pięć. Z przedsiębiorczości w liceum miałam 2, bo nigdy na nią nie przychodziłam. Ale gdzieś obiło mi się o uszy pojęcie "luka na rynku". I uznałam, że wełniane sukienki damskie to właśnie ta luka.

Sukienka mojej mamy i próbnik wełny na garnitury

Wzięłam sukienkę z młodości mojej mamy, poliestrową, tę którą wtedy często nosiłam, zaniosłam ją do krawcowej i pokazałam, co mi w niej nie pasuje. Roman dał mi próbnik wełny na męskie garnitury, żebym mogła krawcowej pokazać, z jakiego materiału chcę uszyć sukienkę. Zapytałam, czy w ogóle da się to zrobić. Krawcowa powiedziała, że tak.

Musiałam jej ufać w 100%, bo sama nie wiedziałam, co się dzieje. Nie wiedziałam nawet, czego nie wiem. To był zupełnie nowy poziom niepewności, nie ten, kiedy uczysz się nowej umiejętności, ale ten, kiedy nie wiesz jeszcze, jakich pytań nie zadałaś.

Skoro już przez to przechodzę, uszyję od razu 100 sztuk

Proces szycia pierwszej sukienki był dla mnie tak trudny, a jednocześnie cały czas czułam ten pomysł z luką na rynku, że uznałam: skoro już przez to przechodzę, to od razu uszyję ich 100 i sprzedam przez bloga. Logika kogoś, kto nigdy nie prowadził firmy i nie rozumie, że można zacząć od 10.

Żeby sprzedawać przez bloga, potrzebowałam sklepu internetowego. Pomagał mi informatyk, ale wciąż zadziwiały mnie nowe rzeczy. Żeby uruchomić bramkę płatniczą, trzeba było wysłać skan dowodu osobistego. Byłam zaskoczona, że takie procedury w ogóle istnieją. Skanowałam dowód w sekretariacie szkoły, w której pracowałam. Dziękuję! Zakładanie marki było dosłownie moją czwartą pracą w ciągu jednego dnia.

Dwie sesje zdjęciowe do kosza

Cały proces był tak skomplikowany, że kiedy w końcu dotarłam do sesji zdjęciowej, była już jesień, a sukienki były bez rękawów. Do sesji były gotowe wyłącznie prototypy w rozmiarze M. Nie wpadłam na to, żeby przymierzyć je przed sesją, założyłam je dopiero w obecności fotografa. Schudłam do XS. Wszystko wyglądało na mnie tragicznie i pierwsza sesja poszła do kosza.

Zwęziłam sukienki u krawcowej i zorganizowałam drugą sesję. Ta również trafiła do kosza, bo okazało się, że nawet w dobrym rozmiarze jestem fatalną modelką. Zmarnowałam już dwa razy pieniądze i czas. Na szczęście znałam wtedy jedną modelkę. Kto w ogóle słyszał wtedy o agencjach modelek? Koleżanka znała makijażystkę, ktoś polecił fotografa z własnym studiem, bo oczywiście wcześniej pozowałam na tle białej ściany w domu. Pierwszy drop moich sukienek klientki mogły oglądać na Kasi Gandor, której do końca życia będę za to wdzięczna. Kończyła wtedy karierę modelki i zgodziła się mnie uratować.

Paradoksalnie najmniejszy problem: uszycie

Roman ubierał wtedy stewardesy prywatnych linii lotniczych, więc po prostu polecił mi bardzo dobrą szwalnię. Ta szwalnia uszyła mi te 100 sukienek w terminie, co, patrząc na to przez pryzmat 13 lat produkcji, jest ewenementem.

Za mną były dwie nieudane sesje, przede mną sprzedaż sukienek bez rękawów w grudniu. Przez kilka miesięcy uczyłam się wszystkiego od zera, płacąc za każdy błąd z pierwszych współprac, które pojawiały się wtedy na moim blogu. Ale w końcu miałam zdjęcia z prawdziwą modelką w prawdziwym studiu i 100 sukienek gotowych do sprzedaży. Pierwszy drop trafił na mojego bloga.

Czy coś się sprzedało? To już temat na kolejną część tej historii. Opowiem w niej, co wydarzyło się po pierwszym dropie i które decyzje z tych 13 lat zmieniły wszystko. A jeśli chcesz zobaczyć, dokąd ta droga doprowadziła firmę dzisiaj, przeczytaj wpis o zmianach w mojej firmie. Od sukienek bez rękawów w grudniu do kolekcji z certyfikatami The Woolmark Company minęło 13 lat, a ja dalej czuję, że dopiero się rozkręcam.

BUTIK STACJONARNY: NIECAŁA 7 | WARSZAWA